środa, 9 maja 2012

#68 - Reading is cool !

Jakiś czas temu Antica Szafe zaprosiła mnie do zabawy, ale przyznaję się bez bicia, że kompletnie o tym zapomniałam :) Przypomniało mi się dopiero, gdy zostałam zaproszona po raz drugi przez Joankę-Z :)

Tak więc nie ociągam się i czym prędzej odpowiadam na pytania.

O jakiej porze dnia czytasz najczęściej?
O każdej - dosłownie. Kiedy tylko okoliczności ku temu sprzyjają. Jest mi kompletnie obojętnie - rano, wieczór, we dnie, w nocy... ;)

Gdzie czytasz?
Wszędzie! Często noszę przy sobie książkę 'awaryjnie', w razie, gdybym miała chwilę bezczynności. Ostatnio najczęściej zdarza mi się czytać w pociągu, autobusie, nawet samochodzie [jako pasażer, ale tylko w chwilach, kiedy stoimy. Ciekawostka - pomimo, że prawa jazdy nie posiadam, za każdym razem jadąc samochodem MUSZĘ patrzeć na drogę. Z bliżej nieokreślonych względów. Wydaje mi się, że jeżeli ja nie patrzę, kierowca też nie patrzy. Co więcej - wciskam razem z kierowcą nieistniejący po mojej stronie pedał hamulca i sprzęgło w odpowiednich momentach. Także sami rozumiecie, nie mogę wtedy czytać:P]

Jaki rodzaj książek najczęściej czytasz?
Od wielu lat niezmiennie - kryminały, a poza tym różnego rodzaju thrillery [w tym medyczne], horrory. Czasami zdarza mi się przeczytać jakąś luźniejszą książkę o zabarwieniu humorystycznym czy romans [to ostatnie bardzo rzadko i raczej z braku innych opcji]. Zapomniałabym! Chętnie czytam również niektóre książki podróżnicze.

Jaką książkę ostatnio kupiłeś/dostałeś?
Z reguły nie kupuję książek, wypożyczam w bibliotekach. Nikt mi natomiast nie chce ich kupować, chociaż chętnie bym przygarnęła:( Może nie tak ostatnio, ale nie mogłam sobie odmówić przyjemności [i odrobiny próżniactwa...] żeby nie kupić TEJ książki:P

Co czytałeś ostatnio?
Ostatnimi czasy bardzo lubuję się w kryminałach skandynawskich autorów, stąd większość książek w tym klimacie :)

Co czytasz obecnie?
Kończę Jo Nesbo "Karaluchy". Swoją drogą, niedługo do kin wchodzi ekranizacja jednej z Jego książek i jestem szalenie ciekawa ekranizacji "Łowcy głów".

Używasz zakładek czy zaginasz rogi?
Nigdy nie zaginam rogów, szanuję książki:) Wcześniej używałam czego popadło jako zakładek, ale od kiedy koleżanka mi zrobiła zakładkę w kształcie afrykańskiej kobiety, używam tylko jej. Ostatnio nieomal dostałam zawału, bo wydawało mi się, że oddałam do biblioteki książkę z nią w środku... ale jednak nie ;)

E-book czy audiobook?
Papierowa książka:P Ale nie ukrywam, że kilka razy zdarzyło mi się przeczytać e-booka, kiedy bardzo ciekawiła mnie książka, a nie było jej w bibliotekach. Kilka audiobooków również przerobiłam, ale z reguły mnie denerwują i jestem bardziej wzrokowcem niż słuchowcem.

Jaka jest Twoja ulubiona książka z dzieciństwa?
"Dzieci z Bullerbyn" :)

Którą z postaci literackich cenisz najbardziej? 
Nie mam konkretnego typu. Lubię kilka postaci charakterystycznych dla danych autorów, takich jak Herkules Poirot czy Harry Hole, ale to postaci fikcyjne, więc nie wiem czy w ogóle można je cenić. Cenię autorów, którzy kreują te postaci.



Jak zwykle miałabym problem z wyborem konkretnych osób, które chciałabym zaprosić do zabawy, więc wszyscy czujcie się zaproszeni - jeśli tylko macie ochotę odpowiedzieć na powyższe pytania :)


P.S. Dzisiaj moja irytacja sięgnęła zenitu, bo nie mogę ostatnio znaleźć żadnych odpowiadających mi alladynek. Idąc śladem Agaaf chyba zacznę je sobie sama szyć. Nie wiem, czy w końcu nie ulegnę namowom Joanki i nie nabędę maszyny, ale pożyjemy-zobaczymy :)

sobota, 5 maja 2012

#66 - pimp my bike...

... czyli jak mieć niepowtarzalny rower przy minimalnym nakładzie środków :)

Proszę sobie nie myśleć, że skoro moja działalność "hendmejdowa" chwilowo umarła, to kompletnie nic nie robię ;)
Może niektóre [niektórzy?] z Was pamiętają, że jeszcze w zeszłym roku wspominałam o pewnym 'wielkoformatowym' projekcie do wykonania. Dziś mogę Wam w końcu przedstawić efekty! Niestety, robota sporo się przeciągnęła ze względu na złe warunki atmosferyczne, brak miejsca, brak odpowiedniego odcienia farb... Co więcej, początkowo plany dotyczące kolorystyki były zupełnie inne i koncepcja zmieniała się kilkakrotnie.

Ale zaczynając od początku. 
Jakiś czas temu rzuciłam w kąt swój rower górski i zapragnęłam miejskiego. Ale nie byłabym sobą, gdybym po prostu poszła do sklepu i kupiła rower. Zapragnęłam bowiem prawdziwej, rodowitej Holenderki ;) Pewnego deszczowego dnia wzięłam pod pachę więc swojego Lubego i pojechaliśmy do Czacza. Jeśli Was tam jeszcze nie było - serdecznie polecam. Cała miejscowość żyje ze sprzedaży zagranicznych rzeczy, sprowadzanych głównie z Holandii. Można tam znaleźć cudowne meble, antyki, oryginalne dodatki do mieszkania, gramofony, unikatowe płyty winylowe, bibeloty... - mogłabym wymieniać w nieskończoność, bo właściwie znajdziemy tam wszystko.

Ale nie rozpędzajmy się, ja pojechałam tylko po rower :) I nabyłam, oryginalnego holenderskiego Torsa [obok stał bardzo podobny model Gazelle, ale Tors miał lepszy potencjał]. W stanie naprawdę przyzwoitym. I tutaj mała rada - jeśli zamierzacie iść moim przykładem, wybierajcie rowery z osłoną łańcucha. Kiedy ją zdjęliśmy, okazało się, że łańcuch jest wstanie IDEALNYM pomimo, że rower jak widać ma już swoje lata.

Ponownie nie byłabym sobą, gdybym go tak zostawiła, z lekko odrapaną farbą i kolorem, który nie należy do moich ulubionych [choć podobno dziewczyny lubią brąz?] :P Tors został rozebrany na części pierwsze [w tym miejscu chciałabym serdecznie pozdrowić mojego H.], pomalowany moimi własnymi zdolnymi łapkami i ponownie złożony do kupy [w tym miejscu chciałabym jeszcze serdeczniej pozdrowić mojego H.]. 

Tak moja bryka wyglądała po kupnie:

A poniżej przedstawiam jej obecny wygląd. Nie wiem, czy kolorystyka jest dobrze widoczna [sporo zależy od ustawień monitora], w każdym bądź razie to połączenie ognistej czerwieni i mięty. Nie ukrywam, że jestem z mojego Torsa bardzo dumna ;) 





Całkowity koszt renowacji wyniósł mnie ok. 100 zł, z czego najdroższa była nowa osłona na łańcuch [50 zł]. Reszta to spraye samochodowe [zużyłam ponad 3 duże puchy 400 ml [czerwony] + 1,5 puchy 200ml [miętowy]], taśma ochronna i benzyna ekstrakcyjna.

Od razu uprzedzam, że to nie koniec ;) Może się jeszcze dorobię koszyka, chociaż wtedy najprawdopodobniej trzeba będzie wymienić przednią lampę. Planuję też namalować ozdobne "M" - jak Marika, na miętowej blaszce z przodu. Pewnie zamienię też dzwonek na trąbkę :)

Wszystkim serdecznie polecam taką robotę - daje ogromną satysfakcję !

niedziela, 22 kwietnia 2012

#65 - pióropusz

Nie chcę, żeby wiało tu taką pustką, mimo braku weny.
Dziś więc post, który miałam w planach już dawno, choć nie do końca mieści się w ramach Handmade&DIY.
Ale to mój blog, więc mogę, tak? ;)

Pióropusze. Od zawsze mnie inspirują. Zawsze chciałam mieć koszulkę, top czy coś w ten deseń, właśnie z motywem pióropusza. Niestety, do tej pory takiej nie znalazłam ;) Być może dlatego, że grzebię głównie w SH a nie w sieciówkach? Bo teraz motywy etno, azteckie wzory i inne takie są chyba w modzie?
Jak tylko będę miała trochę luźnej gotówki, to na pewno poproszę jakąś zdolną osóbkę, żeby mi machnęła piękny, kolorowy pióropusz na jakimś ciuchu. 
Sama tego nie zrobię, bo mam dwie lewe ręce do malowania. Potwierdzeniem niech będzie mój własnoręczny rysunek:

I nie, nie jest to rysowane odręcznie ;) przekalkowywałam to z... monitora mojego laptopa:P Niestety, przeniesienie takiego [lub jakiegokolwiek innego] wzoru na koszulkę wykracza poza moje możliwości ;)

A poniżej garść pióropuszowych inspiracji: 
 Źródło: http://www.larajade.co.uk/

Źródło: http://www.larajade.co.uk/
 Źródło: http://www.blog.retrome.pl/foxy-lady/

Źródło: http://www.airbrush.com.au/aagaller.shtml

Źródło: http://www.missiondelrey.com/headdress-2.html

Źródło: http://nativeappropriations.blogspot.com/2011/08/no-khloe-i-do-not-like-your-tribal-look.html

sobota, 24 marca 2012

#64 - Brak

Brak weny.
Brak chęci.
Brak aparatu.

Nie wiem, czy mogę to wszystko zwalić na przesilenie wiosenne?
A może razem z rozczesanymi dredami 'wyczesałam' część siebie?
Czy tylko ja zauważam znaczny spadek 'formy' w ostatnim czasie?

Żeby nie wiało pustkami, to coś ze staroci:  bransoletka makramowa z drewnianymi koralkiami.



Mimo wszystko całuję Was gorąco i nie zapominajcie o mnie ;)

sobota, 10 marca 2012

#63 - O dredach słów kilka[set...]

Na wstępie uprzedzam, że post będzie dość osobisty, dłuuuugi, dla niektórych z pewnością przynudnawny i o dredach. Więc jeśli kogoś ta tematyka nie interesuje/obrzydza to na tym właściwie może zakończyć czytanie… ALE! Wolałabym, żeby tak się nie stało :D Bo post oprócz tego, że jest osobisty, ma także walor edukacyjny ;) Bo czego jak czego, ale nienawidzę ludzi, którzy bladego pojęcia o dredach nie mają a są mądrzy że HO HO i takie głupoty czasem gadają, że witki opadają. Do rzeczy.

Jak niektórzy z Was z pewnością wiedzą, mam ja dredy. Wróć… miałam. Kilka dni temu zmieniły status z „obecne” na „nieistniejące”. Były ze mną prawie 5 lat, ale jak to kobieta potrzebowałam już zmiany. Nigdy, przenigdy nie byłabym zdecydowana na 100% że chcę je zlikwidować, więc w sumie dlaczego by nie teraz? Zrobiłam je kiedy kończyłam liceum i zaczynałam nowy etap życia pod tytułem „studia”. Skoro etap ten kończę i już niebawem wkroczę w kolejny zwany „prawdziwym życiem w dżungli”, to moment uznałam za wystarczająco dobry;) To, że nie mam już dredów nie znaczy, że zmienił mi się charakter, nie lubię już reggae i takie tam inne ;) Na głowie już nie ma, w sercu pozostaje ;)

A więc rozczesałam dredy. Tak, tak – rozczesałam. Nie ścięłam ;)
Mit numer 1: Jeżeli chcesz się pozbyć dredów, musisz się ściąć na krótko.
Nie wierzcie w takie banialuki;) Nie wierzcie także w to, kiedy ktoś mówi ‘jeśli dałeś/dałaś radę rozczesać dredy, nie były one prawdziwe”. Moje były jak najbardziej prawdziwe i się dało. Dużo cierpliwości, ktoś do pomocy i dobry grzebień (w moim przypadku sprawdził się zwykły, gęsty grzebień, ale na forach polecają też… widelce lub metalowe grzebienie do czesania koni:P). Znam osoby, które dredy rozczesały po 7 a nawet 11 latach noszenia, więc jak się chce to się da. Ja miałam o tyle komfortową sytuację, że większość moich dzieciaków była cienka. Takie egzemplarze się inaczej, mniej zbijają i są bardziej giętkie, łatwiej je więc rozczesać. Z grubszymi jest problem, ale nie jest to niemożliwe (choć dużo zależy także od właściwości samych włosów – pewnie z kręconymi byłby większy kłopot niż z moimi prostymi drutami). Pewnie zastanawiacie się, w jakiej kondycji są moje włosy po rozczesaniu, czy dużo wypadło itd. Owszem, sporo włosów wylądowało w koszu. ALE! Weźcie pod uwagę to, że mając normalne włosy, codziennie wypada ileś tam np. podczas czesania. Dredów się nie czesze, a większość włosów, które wypadną naturalnie zostaje w środku. Więc większość tego, co straciłam podczas rozczesywania, to włosy które przeszły naturalną selekcję:P Właściwie sama jestem zaskoczona, myślałam że będzie dużo gorzej. Włosy są po prostu trochę „sianowate”, a że zawsze były gęste, nie zanotowałam znacznych ubytków. Na dowód tego, że nie kłamię – fryzjerka u której byłam, gdyby nie wiedziała, że miałam dredy, nawet by się tego nie domyśliła. A wizytę miałam po jednym porządnym myciu i dopiero jednorazowym użyciu odżywki;)

Proces rozczesywania był żmudny, pod koniec miałam już dość, ale to nie jest nie do przejścia. Bardziej bolało mnie podczas robienia dredów, niż podczas ich rozczesywania.
Mit numer 2: W dredach znaleźć można wszystko, od jedzenia po robale.
Ok, może to nie do końca mit, ponieważ jak ktoś o dredy kompletnie nie dba to i wszystko się może zdarzyć, podobnie jak w normalnych włosach. Nie będę ukrywać, że podczas rozczesywania w środku było trochę kurzu. Dredy zbite, nie wszystko dało się pewno wyszamponić i wypłukać :P ALE! Nie zanotowałam jedzenia, larw, robali, wszy, pcheł, mamutów ani zaginionej Atlantydy ;)

Moja Rodzicielka zgodzić się na taką fryzurę nie chciała (chociaż prosiłam już od początku gimnazjum). Po skończeniu liceum o zgodę już nie pytałam :D I tu dochodzimy do mitu trzeciego, którym to straszyła mnie moja Mamusia;)
Mit numer 3: Jak zrobisz dredy, będą się Ciebie czepiali wszyscy menele, bezdomni i pijacy.
Nie zanotowałam takiego faktu ;) Wręcz przeciwnie, często spotykałam się z pozytywnymi reakcjami. Szczególnie ze strony innych dredziarzy, którzy potrafili wołać na mnie siostro i witać się ze mną jak z najlepszą przyjaciółką, chociaż widzieli mnie pierwszy raz w życiu. To niesamowite uczucie, polecam – będzie mi tego strasznie brakowało;) Właściwie przypominam sobie trzy dziwne (bo nawet nie mogę tego nazwać nieprzyjemnymi) epizody z mojego zdredowanego życia:
Epizod 1: Idę sobie spokojnie ulicą, za mną dwóch panów w słusznym wieku ok. lat 15. Wtem jeden mnie szarpnął za dredy, na co drugi błyskotliwie rzekł „zostaw, dredy śmierdzą”. Po czym oboje w doskonałych humorach weszli do spożywczego. Ja – w niemniej doskonałym nastroju weszłam za nimi, podetknęłam im swoje dredy pod nos i kazałam powąchać. No i mit obalony, panowie zgodnie stwierdzili że „kurcze, jednak nie śmierdzą” :D
Epizod 2: Ponownie idę ulicą (ale zupełnie inną, nawet w innym mieście). Za mną kilkuletni chłopczyk. Kiedy zobaczył moją fryzurę, zaczął śpiewać „Murzynek Bambo w Afryce mieszka” … Nie, nie jestem murzynką ;) Także się uśmiałam.
Epizod 3: Siedzę w kościele (kiedyś jeszcze tam bywałam). W ławce za mną kilka starszych pań, głównie w wiadomych nakryciach głowy. Przez całą mszę dotykały moich dredów, bawiły się nimi, wyginały, gmerały, może nawet plotły warkoczyki i co się tylko dało. Najintensywniej na kazaniu. Wyobraźcie sobie, jak trudno było mi zachować powagę. Chyba myślały, że nie czuję. No ale niech sobie kobieciny podotykają ;)

To chyba wszystko, co chciałam Wam przekazać;) Wróć. Właściwie to mogłabym jeszcze pisać, pisać i pisać… ale nie wiem, czy ktoś w ogóle dotrwał do tego momentu ;)

A teraz coś na co pewnie wszyscy czekają, czyli nowa ja ;)

Po rozczesaniu i wyszorowaniu:
 

Po wizycie u fryzjera wyglądało to to mniej więcej tak jak poniżej:

Ale jak wiadomo - salon fryzjerski to miejsce cudów wszelakich, i w domu za cho-le-rę taka fryzura wyjść nie chce.Opracowałam więc nową wersję, bo prostownicy używać nie chcę, a moje włosy są dość niesforne (na mokro piękne loki, po wyschnięciu niekoniecznie). I ta wersja podoba mi się bardziej:)

Nie wiem na ile ten post można podciągnąć pod "DIY i Handmade" no ale. ;)

piątek, 24 lutego 2012

#62 - Plecionka na bogato

W ostatniej chwili udało mi się uwiecznić bransoletkę, która powędrowała do koleżanki  mojej koleżanki:P
Na bogato, bo i słonik jest i drzewko, nawet sowa się załapała.

Całość stanowi spójny komplet - bo i sówka może na drzewku posiedzieć, a i słoń podrapać o pień się może...
Ok, popłynęłam trochę. ;)
Przy okazji możecie zobaczyć, w jakiej postaci trafiają moje produkty razem z metkami do odbiorców:) 



niedziela, 19 lutego 2012

#61 - Sposób na... dziurawą koszulkę

Kupiłam koszulkę. Na wagę. Droga zatem nie była, bo lekka:P (Jak jest 55 zł/kg to raczej wybieram TYLKO lekkie rzeczy:P). Pomimo, że klimaty boho/etno są mi chyba najbliższe, to kręci mnie ostatnio także ostrzejszy styl. Tak więc owa koszulka mi się bardzo podoba. 
W jakimś zakupowym zaćmieniu zapomniałam jednak o bardzo ważnej, nadrzędnej nawet zasadzie kupowania w second-handach: zawsze, ale to zawsze dokładnie oglądaj rzeczy przed ich kupnem.

I tak oto przytargałam do domu koszulkę z 4 małymi, ale bardzo wrednymi dziurkami. I nijak nie dałoby się nikomu wkręcić, że tak być powinno:D
No ale przecież nie wyrzucę koszulki z tak błahego powodu;)
Trochę myślałam nad tym, jak by tu ją zmodyfikować:
1. Zrobię jeszcze większe dziury - bez sensu.
2. Zaszyję te dziurki - bez sensu, bo i tak będzie widać.
3. Nakleję coś na nie - bez sensu, bo nawet nie wiem co.
(...)
23. Wezmę kontrastową nitkę i zrobię w tych miejscach krzyżyki. EUREKA!
Ale bez sensu walnąć 4 krzyżyki w miejscach tych dziurek, bo i tak się wszyscy połapią że coś jest nie tak.
Więc zabrałam się do tworzenia kępek krzyżyków :P
Nie wiem, czy nie naćkałam ich za dużo, ale w sumie nie idzie poznać, gdzie owe dziurki były to raz, dwa - że skoro teraz kosmos w modzie, to ja nie mogę mieć małego krzyżykowego kosmosu na koszulce? ;)